Wiecie co?! Nachodzą mnie myśli dotyczące odrzucenia przez terapeutkę. Nasza relacja po ostatniej sytuacji się zachwiała. Pojawiła się złość, rozczarowanie, żal. Wszystko przez niedomówienie, przez niespełnienie mojej zachcianki. Zareagowałam impulsywnie. W jednej sekundzie zburzyłam to nad czym pracowałam przez ostatnie miesiące, a mianowicie zaufanie. Zachowałam się jak zbuntowana nastolatka. Obraza majestatu. Fakt faktem nastąpiła regresja, przeniesienie uczuć na terapeutkę. Ale zrozumiałam swój błąd. Teraz mam wgląd na całą sytuację z innej perspektywy. Myślę inaczej. Na ostatniej sesji terapeutka oznajmiła mi, że zastanawiała się nad tym czy może dalej pracować ze mną. Czy to że odstawiłam leki nie będzie kolidować z terapią. Wiadomo, border bez leków oznacza katastrofę. Bo jak inaczej ujarzmić dzikie zwierzę. Ale postanowiła dać mi szansę i dalej prowadzić moją terapię, mówiąc że leki nie mogą być powodem zerwania relacji. Umówiliśmy się, że jeśli któraś z nas zauważy coś niepokojącego to na nowo poddam się farmakologii. Niby sprawa została wyjaśniona, ale… No właśnie to ale. Jest we mnie lęk przed tym że może mnie porzucić. Nie jest to paniczny lęk jak zawsze ale taka jakby obawa że to może się ziścić. Powoduje u mnie smutek. To tak jakby coś się miało zacząć i skończyć. Boję się tego i mam do siebie żal że dopuściłam do takiej sytuacji. Zależy mi na tej relacji. Z nikim innym nie stworzyłam takiego „związku” opartego na wzajemnym szacunku, zrozumieniu czy akceptacji. Otworzyłam się przed nią na maksa. Ufam jej i wiem że jestem przy niej bezpieczna. Czuję, że tylko z nią mogę przepracować swoje problemy. Nigdy przedtem nie czułam z nikim takiej więzi. Stąd moje obawy, że coś się może skończyć zanim się tak naprawdę zaczęło. Teraz siedzę i zastanawiam się co mogę zrobić w tej sytuacji. Jak przejść do porządku dziennego i przestać się bać. Póki co zauważyłam, że zaczynam się powoli dystansować do niej. Zaczynam znów powoli budować mur by schronić się za nim. Tak by nie cierpieć.