To była ciężka sesja, nawet bardzo. Poszłam na nią zmotywowana jak nigdy. W końcu miałam zmierzyć się z tematem do którego przygotowywałam się od dwóch tygodni. I już miałam zacząć opowiadać i tu bum. Czar prysł. Nawet nie zaczęłam. Nie mogłam. Nie pozwolono mi. Za długi język. Wypaplałam, że odstawiłam leki. I się zaczęło. Mój temat poszedł w odstawkę. Prosiłam, tłumaczyłam ale to na nic. Terapeutka była nieugięta. Nie będziemy ryzykować. Możesz być teraz rozchwiana emocjonalnie. Nie mogę. To wbrew moim zasadom. Słyszałam. Czułam jak złość we mnie się rozkręca. Myślałam, że wybuchnę. Starałam się stłumić wściekłość. Było trudno. Miałam ochotę tupnąć nóżką i trzasnąć drzwiami. Pojawił się bunt i upór. Nie miałam ochoty na rozmowę. Nie widziałam sensu. Chciałam wyjść i więcej nie wracać. Przecież ta terapia nie ma sensu – pomyślałam. W jednym momencie zmienił się cały obraz terapeutki. Zdewaulowałam ją. Uruchomiło to mnóstwo negatywnych emocji w stosunku do jej osoby. Nagle ta wspaniała osoba stała się moim wrogiem. Dlaczego?! Bo co?! Nie pozwolono mi dokończyć tego co zaplanowałam. Spotkałam się z odmową. Nic nie ułożyło się po mojej myśli. Każde jej słowo odebrałam jako kazanie. Czułam się ukarana. Zdeptano przecież moje plany. Jak ona śmiała?! Chciałam pokazać że się staram, oczekiwałam pochwały a dostałam z liścia w twarz. Ehh. Kuźwa. Człowiek chce dobrze, stara się a wychodzi jak zawsze. Chaos w głowie, armagedon w duszy. Emocje targają.

Teraz powoli złość mi przechodzi i pojawia się racjonalne myślenie. Jednak jak najbardziej jest mi przykro po zaistniałej sytuacji. Nie do końca potrafię zrozumieć zachowanie swojej terapeutki. Ja rozumiem, że to z obawy i troski o mnie ale chyba ja też mogę mieć swoje zdanie w tym temacie. Ja rozumiem, jak to powiedziała jest za mnie w pewnym sensie odpowiedzialna i za moje zdrowie psychiczne. No ale kurcze ja za nie też. Umiem już odróżnić zachowanie dobre od autodestrukcyjnego i dzisiejsza sytuacja nie miała z nim związku. Chciałam ruszyć naprzód, a napotkałam na opór nie do przeskoczenia. Chciałam pokazać, że staram się i oczekiwałam raczej pochwalenia a dostałam z buta w tyłek. Ja wiem, że cała ta sesja to jedno wielkie przeniesienie. Przeniesienie pierwotnych uczuć z matki na terapeutkę. Na jej odmowę zareagowałam złością. To tak jakby odmówić dziecku zakupienia nowej zabawki. W środku wszystko krzyczało. Pojawiła się zbuntowana nastolatka, która miała ochotę tupnąć nóżką i trzasnąć drzwiami. Jednak nie potrafiłam tego zrobić. To nie byłoby na miejscu. Ledwo co wysiedziałam do końca sesji. W glowie jedna myśl „już mnie więcej nie zobaczysz”. Tak, tak, chciałam przerwać terapię. Wiem, że to nielogiczne. Pierwszy zgrzyt a ja chcę uciekać. Taki mechanizm. Teraz ochłonęłam, przeszła mi chęć ucieczki ale mimo wszystko czuję dyskomfort. Mimo całej sytuacji, moje odczucia względem jej osoby się nie zmieniły. Dalej ją lubię i chcę z nią współpracować ale nie jestem pewna czy dam radę. Teraz nie wiem jak po zaistniałej sytuacji mam się zachować. To moja pierwsza „kłótnia” z terapeutką. Nie wiem czy będę umiała po niej dojść do porządku dziennego. I pomyśleć, że za całą sytuacją stoją leki a raczej ich brak. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie miało wyjść. Uzgodniliśmy dziś z lekarzem, że odstawiam leki i próbuję swoich sił na własną rękę. A co z terapią?! Jeszcze nie wiem. Czas pokaże jak ta relacja dalej się rozwinie.