Właśnie mąż mnie poprosił abym wyprowadziła się z domu, mówiąc że ma wszystkiego dość, mojej przeszłości, mojej choroby. Jest tym wszystkim zmęczony. Ostatnio było dobrze między nami, wszystko szło ku lepszemu. Daliśmy sobie szansę, postawiliśmy na szczerość w związku. Rozmawialiśmy ze sobą, było między nami dużo bliskości. A tu nagle ta wiadomość. Teraz siedzę i płaczę, użalając się nad sobą. Wiem, nie powinnam. Staram się wziąć w garść, pocieszyć się jakoś ale z marnym skutkiem to idzie. Powinnam się spodziewać, że nasze rozstanie to kwestia czasu, od dawna nam się nie układało tak jak powinno. Ale nadzieja umiera ostatnia. Nasze małżeństwo co prawda to istna huśtawka, raz jesteśmy na wyżynach i jest wspaniale po to tylko by za chwilę spaść w dół wielkości kanionu. Mimo, że się spodziewałam że kiedyś to nadejdzie to jest mi trudno się z tym pogodzić. To boli jak jasna cholera. Czuję jakby wbito mi nóż w serce. Muszę znaleźć w sobie teraz siłę aby to wszystko przetrwać.