Sesja, sesja i po sesji. Pierwszy raz w życiu czasu mi brakło. Gadałam, gadałam i się nie wygadałam. Czuję lekki niedosyt. Ehh. Na następnej sesji dopowiem to czego dziś nie zrobiłam. Doszłyśmy z terapeutką do ciekawych wniosków. Mój mąż ma najprawdopodobniej zarys osobowości borderline, tylko jest acting out, a ja acting in przez co ja idealnie wpasowuje się w rolę ofiary. Idę za schematami i w rozmowie startuje z pozycji dziecka co z góry przekreśla moje szanse na równorzędną rozmowę. Nasze małżeństwo to istny rollercoaster. Albo się kochamy albo nienawidzimy. Mąż stara się mną manipulować, wzbudzać poczucie winy przez ciągłe wypominanie. Stosuje tym samym wobec mnie przemoc psychiczną. Tu niby idealna randka a zaraz mam szukać sobie kogoś innego. Jest cholernie zazdrosny o mnie. Uraja sobie coś w tej swojej główce i szuka potwierdzenia prowokując kłótnie. Z tego co wywnioskowałysmy to to że ma niskie poczucie wartości i nie jest pewien moich uczuć. Co nie znaczy że ja nie jestem bez winy. Po mojej stronie też ona leży. Brak szczerości i zwierzeń z mojej strony powoduje niedomówienia. Moja ucieczka od życia w świat wirtualny prowokuje takie sytuacje jak ta. Ja też za mało się staram, zdarza się że zapominam o jego uczuciach i skupiam się na sobie. Postępuje egoistycznie. Ale kiedyś poświęcałam wszystko rodzinie, nie dbając przy tym o siebie. Teraz nie umiem tego wypośrodkować. Z jednej skrajności w drugą. Zresztą ze wszystkim tak jest że balansuje na granicy. Chyba obydwoje nie dorośliśmy do małżeństwa. Jesteśmy takimi dzieciakami. Foch za fochem. Wiem jedno, muszę nauczyć się dystansować od takich sytuacji, od jego słów. Starać się przyjąć je na chłodno. Nie dawać ponosić się emocjom i nie wchodzić w rolę ofiary. Muszę nauczyć się bronić i rozmawiać z pozycji dorosłego.