Dzisiejsza sesja bardzo nieudana. T stwierdziła, że wykorzystuje terapię i ją samą do skrzywdzenia siebie. Że jest to również przejaw mojej autodestrukcji. Podświadomie szukam potwierdzenia, że to co o sobie myślę jest jednak prawdą i za wszelką cenę zmierzam do tego aby to sobie udowodnić. Dzisiejsze spotkanie było tego przykładem. Z jednej strony chciałam wyrzucić z siebie ten ból i poruszyć temat gwałtu bo ciągle nie daje mi spokoju ale z obawy przed przykrymi emocjami i wstydem nie zrobiłam tego. Ale i tak czułam się źle i beznadziejnie przez wyrzuty że tego nie zrobiłam i że spanikowałam. Postanowiłam sobie że dziś dam radę i T zaoferowała mi pomoc w rozmowie itd. Jednak nie potrafiłam przyjąć tej pomocy i ją odrzuciłam. Siedziałam nieruchomo w milczeniu. Postawiłam mur między nami i bombardowałam się myślami a także wyrażałam krytykę w swoją stronę. Przed oczami obrazy. Ten pokój. To łóżko. On. Ja. Mój strach. Płacz. Panika. Nie byłam tu i teraz. Byłam tam. Znów czułam ten oddech. Ból. Nienawiść. Emocje wróciły. Chyba mam zbyt dużo oczekiwania względem siebie. 

Tak czy siak wpędziłam się sama w te emocje tylko w sposób destrukcyjny. Z tego powodu i tak nakręciłam spirale negatywnego myślenia i chęci ukarania się. Poczułam silną złość na siebie. Ehh. Zagmatwane to wszystko