Już po sesji. Więcej tam nie pójdę. Cholernie źle się czuję. Emocje targają na wszystkie strony. Muszę sobie zaraz zapodać benzo aby to przetrawić. Koniec z terapią, nie potrzebuje jej, nikomu nie warto ufać. Wszystko co dobre, miłe i fajne szybko się kończy. Dam sobie sama radę. Przynajmniej nikt mnie nie skrzywdzi. Wielki dół i wkurw. Ehh. Roznosi mnie. Mam silną chęć skrzywdzenia się. Muszę poczuć ból fizyczny aby ukoić to wszystko. 
Dla wszystkich liczy się tylko kasa, nie człowiek. Przykre ale prawdziwe. Poprzednia terapeutka ciągle utwierdzała mnie w przekonaniu że jestem w czarnej dupie, a ta przed którą zaczynałam się otwierać patrzy tylko na kasę. Nie zasługuje na żadną pomoc. Sama sobie poradzę. Nie warto ufać. Same rozczarowania i cierpienie. Ponosi mnie. Byłam w poniedziałek i z góry zapłaciłam za dwie sesje, tzn poniedziałkową i dzisiejszą. I po skończeniu sesji ubrałam się i pożegnałam jak zwykle, a T do mnie, że zapomniałam zapłacić za to spotkanie. Powiedziałam jej że w poniedziałek zapłaciłam, zapomniała o tym. Poczułam się jak naciągacz, oszust. Czuję się upokorzona. Nigdy nie zdarzyło mi się abym nie zapłaciła. Albo płaciłam po sesji albo z góry. Widać że mi nie ufa, ja jej również. Nie warto dalej tego ciągnąć. Dałam ponieść się emocjom. Wyrzuciłam wszystko co leży mi na sercu.