Od paru dni moje myśli są skupione wokół terapii, wokół tego co aktualnie się w niej dzieje i co w związku z tym przeżywam. Jutro czeka mnie kolejna sesja, tylko co z tego?! Nie mam najmniejszej ochoty na nią pojechać. Sam fakt, że to już jutro zaczyna mnie denerwować. Czuję straszną niechęć co do spotkań. Mam ochotę się wycofać. Zastanawiam się nad zawieszeniem terapii, nad tym aby przeczekać ten okres z dala ale zdaję sobie sprawę z tego, że grozi to wypadnięciem z terapii i kompletnym jej niepowodzeniem. To co zaczynam czuć, powoli mnie przeraża. Boję się, że mogę zacząć przeprojektowywać swoje uczucia na terapeutkę, zresztą już po części tak robię. Czuję się jak w potrzasku. Przypomniały mi się ostatnio słowa poprzedniej terapeutki, która mówiła że w pewnym momencie terapii dochodzi do sytuacji, że pacjent zaczyna nienawidzić terapeuty, zaczyna go ostro dewaulować. Wtenczas myślałam, że to nie możliwe, co ta kobieta pieprzy. Mnie to nie grozi. A jednak. Swoją niechęć i frustrację przelewam na osobę terapeutki, tak by zniszczyć sobie jej pozytywny obraz. Zaczynam emanować złością, dużą jej warstwą. Jestem wściekła na samą siebie za ten stan rzeczy. Dlaczego jest mi tak trudno? Czemu pojawił się moment, w którym czuję że wszystko traci sens. Nagle zaczęło mi wszystko przeszkadzać, te całe dojazdy, te godzinne spotkania na które zmuszam się żeby pojechać, nawet terapeutka w pewnym sensie mi przeszkadza. Nie mam ochoty na rozmowę z nią. Nie czuję, że to jest to. Mam wrażenie, że to co budowałyśmy parę miesięcy zaraz runie na ziemię i zostaną zgliszcza. Nie rozumiem swojej postawy. Terapeutkę mam naprawdę w porządku, nigdy nie łączyła mnie z nikim taka więź. Wiem, że mogę na nią liczyć i bez obaw poruszyć każdy temat. Także to nie jest wina relacji. Ona jak najbardziej się rozwija. Jest mnóstwo zaufania i szczerości w tym „związku”. Może pomyślicie, że ją w tym momencie idealizuje, ale to nic z tych rzeczy. Jest to raczej obiektywna ocena. Ale wracając do tematu, pytam się kuźwa co tu się dzieje?! Pieprzony opór. Co z tego, że wiem co za tym stoi skoro nic nie umiem na to poradzić. Im bardziej chcę zawalczyć tym bardziej pragnę się poddać. Złość przemienia się we wściekłość. Myśli chaotycznie krążą w głowie. Czuję się cholernie zagubiona i bezsilna w tym wszystkim. Brakuje sił. Czuję, że zaraz stracę coś ważnego dla siebie, czuję że zniszczę to na czym mi zależy.