Powiem Wam, że napotkałam na opór w terapii. Dziś miałam sesję z której najchętniej bym rano zrezygnowała. Ostatnio nie mam kompletnie ochoty jeździć na spotkania. Nic się między mną i terapeutką nie wydarzyło. Lubię ją i nasze spotkania ale coś mnie blokuje. Cały czas pracujemy nad naszą relacją. Zaufanie jest na wysokim poziomie. Nasze spotkania obfitują w rozmowę. Tak jak napisałam darze ją dużą sympatią. Tym bardziej nie rozumiem tego. Nagle wszystko straciło sens, wiarę w to że coś się zmieni. Uważam, że nie mam o czym z nią rozmawiać choć w rzeczywistości mam mnóstwo tematów do obgadania. Nie wiem może to lęk przed zmianą. Widzę, że coś się ze mną dzieje. Zanim poszłam na terapię byłam mistrzynią w tlumieniu uczuć. Odczuwałam tylko złość bądź obojętność. Wszystko po mnie spływało. Broniłam się przed emocjami i mi się to perfekcyjnie udawało. Teraz czuję każdą nawet najmniejszą cząstkę, każde emocje, uczucia. Czuję to wszystko wyraźnie i umiem to nazwać. Z twardziela stałam się płaczkiem. Każda drobna sytuacja powoduje u mnie płacz, ból, smutek. Nie wiem może to żal że coś się skończyło, że zmieniam się. Może jest to tęsknota za starym, dobrze znanym schematem. Teraz wszystko jest nowe, dziwne i nieznane. Nie odpuściłam dzisiaj i zmusiłam się do pójścia. Staram się pokonać tą barierę. Doskonale znam temat oporu. Dlatego staram się go pokonać. Jest trudno ale w każdym bądź razie daję jakoś radę. Pomaga mi w tym duża samoświadomość i wiedza na temat mechanizmów obronnych. Dziś miałam tyle do opowiedzenia, przegadania i przeanalizowania, ale cholernie mi się nie chciało. Musiałam się przemóc, co nie było łatwe. Ostatnie dni były ciężkie. Codzienny płacz. Dokładne przyjrzenie się oporowi. Także tematów było mnóstwo. Przegadałam każdy po kolei. Miejmy nadzieję, że wszystko wróci do normy i znowu z ochotą będę jeździć na spotkania z terapeutką.