Życie na krawędzi

Borderline

Month: Listopad 2017

Terapia borderline

No i moja dzisiejsza sesja to wielka klapa. Tyle przygotowań do niej a ja pękłam. Znaczy zapowiedziałam temat, terapeutka się zgodziła po czym oznajmiła, że najpierw musi zobaczyć czy jestem na to gotowa i mam opowiedzieć na chłodno całe zdarzenie, tak aby ona widziała mój dystans do całej sprawy. I tu pojawiły się schody. Że jak? Spokojnie? Przecież się nie da. To zbyt bolesne. Ale nie poddawałam się. Coś tam dukałam, z oporem to szło ale szło. Głos drżał, ciało trzęsło się a w głowie multum myśli. Z trudem udało się dokończyć. Teraz czekałam na najważniejszy moment, powtórną opowieść z perspektywy pierwszej osoby. I to nie nastąpiło. Terapeutka stwierdziła że nie jestem na to gotowa, to nie ten etap. Przeszła od razu do pracy na wyobraźni, tak by zaoszczędzić mi bólu. Przytuliłam tą zagubioną, skrzywdzoną dziewczynę do siebie. Stałam się dla niej wsparciem. Dałam jej to czego potrzebowała najbardziej w tym momencie. Mówiłam spokojnym kojącym głosem. Uspokoiła się. Po wszystkim zrobiło się lżej na duszy. Ale wewnętrzne drżenia nie ustąpiły. Do końca sesji trzęsłam się jak galareta. Podobno to naturalny objaw pozbywania się emocji, szczególnie po traumatycznych przeżyciach. Szczerze mówiąc czuję duży niedosyt po tej sesji. Nie zrealizowałam swojego planu na maksa choć tak bardzo się starałam. Czuję, że zaprzepaściłam swoją szansę. A kolejna może się nie powtórzyć. Nie mogę się z tym pogodzić. Chciałam rozprawić się z przeszłością. Czuję że tylko zmierzenie się z tym z perspektywy „ja” jest mi w stanie pomóc się z tym uporać i pogodzić. Takie wewnętrzne przeczucie mną kieruje. Może dziś to nie był ten dzień. Za dużo w ostatnich 24h się działo. Emocje, brak snu zrobiły swoje. Może i lepiej że do tego nie doszło. Wiem jedno, nic nie dzieje się bez przyczyny. Może za tydzień będzie lepiej i uda się wrócić do tematu. 

Ciężka noc za mną

Nieprzespana noc za mną. Nie mogłam zasnąć, kręciłam się, wierciłam i wstawałam. Emocje od środka mnie bombardowały. Łzy cisnęły się do oczu. Nie mogłam ich zatrzymać. Do tej pory jego słowa brzęczą mi w uszach. Staram się uspokoić, włączyć racjonalne myślenie ale to nie ten czas. Za wcześnie. Muszę ochłonąć, stopniowo dojść do siebie. Ale to wszystko jest takie bolesne. Wiem, nie powinnam się użalać nad sobą tylko wziąć w garść. Jednak nie potrafię, nie teraz. Może nie dziś, nie jutro ale pewnego dnia stanę na nogi. Teraz upadłam, leżę w potoku łez. Ale wstanę. Wstanę silniejsza, tego jestem pewna. 

To koniec mojego małżeństwa

Właśnie mąż mnie poprosił abym wyprowadziła się z domu, mówiąc że ma wszystkiego dość, mojej przeszłości, mojej choroby. Jest tym wszystkim zmęczony. Ostatnio było dobrze między nami, wszystko szło ku lepszemu. Daliśmy sobie szansę, postawiliśmy na szczerość w związku. Rozmawialiśmy ze sobą, było między nami dużo bliskości. A tu nagle ta wiadomość. Teraz siedzę i płaczę, użalając się nad sobą. Wiem, nie powinnam. Staram się wziąć w garść, pocieszyć się jakoś ale z marnym skutkiem to idzie. Powinnam się spodziewać, że nasze rozstanie to kwestia czasu, od dawna nam się nie układało tak jak powinno. Ale nadzieja umiera ostatnia. Nasze małżeństwo co prawda to istna huśtawka, raz jesteśmy na wyżynach i jest wspaniale po to tylko by za chwilę spaść w dół wielkości kanionu. Mimo, że się spodziewałam że kiedyś to nadejdzie to jest mi trudno się z tym pogodzić. To boli jak jasna cholera. Czuję jakby wbito mi nóż w serce. Muszę znaleźć w sobie teraz siłę aby to wszystko przetrwać.

Terapia borderline

Jejku jak mnie się nie chciało jechać dzisiaj na terapię. Cudem zmusiłam się do wyjścia z domu. Jak dotarłam na miejsce, niechęć minęła, natomiast pojawił się lęk przed spotkaniem z terapeutką. Nie wiem czym był spowodowany, przecież nie miałam czego się obawiać, byłam w bezpiecznym miejscu. Może moja podświadomość znów stara się namieszać mi w głowie?! Nie mogłam się już wycofać, tym bardziej że wiedziałam iż bardzo potrzebuję tej rozmowy. Potrzebuję bliżej przyjrzeć się temu co ostatnio się ze mną dzieje. Ogólnie sesja przebiegła porządku. Rozmawiałyśmy o moim oporze, o moich obawach i chronieniu siebie przed terapeutką. Rozbiłyśmy mnie na dwie części, tą zdrową i tą autodestrukcyjną. Szukałyśmy powodu, dlaczego te dwie mnie kłócą się ze sobą. Jedna boi się zmiany i pożegnania starych, dobrze znanych schematów. Natomiast zdrowa cześć mnie pragnie zmiany natychmiastowo. Tworzy się między dwiema stronami osobowości przepaść, przez co nie potrafią dojść do porozumienia. Autodestrukcja boi się że straci tą wielokolorową, spontaniczną Agnieszkę, boi się że nie odnajdzie się w nowej wersji, że nie będzie tam dla niej miejsca. Boi się także zaangażowania, bo podświadomie oczekuje zranienia i odrzucenia. Szuka potwierdzenia, że ludzie są źli a ona beznadziejna. Zdrowa część mnie chce zmienić się w ekspresowym tempie. Chce porzucić stare nawyki i zacząć funkcjonować po nowemu. Chce dążyć do zmiany za wszelką cenę. Jest niecierpliwa i buntuje się gdy nie wychodzi po jej myśli. Także w wewnątrz mnie toczy się wojna pomiędzy dwiema osobowościami. Która wygra? Tego nie wiem. Chciałabym aby obie doszły w końcu do porozumienia i zaczęły ze sobą współpracować. Póki co jestem skołowana i zmęczona tą bitwą. 

Mam dość!

Od paru dni moje myśli są skupione wokół terapii, wokół tego co aktualnie się w niej dzieje i co w związku z tym przeżywam. Jutro czeka mnie kolejna sesja, tylko co z tego?! Nie mam najmniejszej ochoty na nią pojechać. Sam fakt, że to już jutro zaczyna mnie denerwować. Czuję straszną niechęć co do spotkań. Mam ochotę się wycofać. Zastanawiam się nad zawieszeniem terapii, nad tym aby przeczekać ten okres z dala ale zdaję sobie sprawę z tego, że grozi to wypadnięciem z terapii i kompletnym jej niepowodzeniem. To co zaczynam czuć, powoli mnie przeraża. Boję się, że mogę zacząć przeprojektowywać swoje uczucia na terapeutkę, zresztą już po części tak robię. Czuję się jak w potrzasku. Przypomniały mi się ostatnio słowa poprzedniej terapeutki, która mówiła że w pewnym momencie terapii dochodzi do sytuacji, że pacjent zaczyna nienawidzić terapeuty, zaczyna go ostro dewaulować. Wtenczas myślałam, że to nie możliwe, co ta kobieta pieprzy. Mnie to nie grozi. A jednak. Swoją niechęć i frustrację przelewam na osobę terapeutki, tak by zniszczyć sobie jej pozytywny obraz. Zaczynam emanować złością, dużą jej warstwą. Jestem wściekła na samą siebie za ten stan rzeczy. Dlaczego jest mi tak trudno? Czemu pojawił się moment, w którym czuję że wszystko traci sens. Nagle zaczęło mi wszystko przeszkadzać, te całe dojazdy, te godzinne spotkania na które zmuszam się żeby pojechać, nawet terapeutka w pewnym sensie mi przeszkadza. Nie mam ochoty na rozmowę z nią. Nie czuję, że to jest to. Mam wrażenie, że to co budowałyśmy parę miesięcy zaraz runie na ziemię i zostaną zgliszcza. Nie rozumiem swojej postawy. Terapeutkę mam naprawdę w porządku, nigdy nie łączyła mnie z nikim taka więź. Wiem, że mogę na nią liczyć i bez obaw poruszyć każdy temat. Także to nie jest wina relacji. Ona jak najbardziej się rozwija. Jest mnóstwo zaufania i szczerości w tym „związku”. Może pomyślicie, że ją w tym momencie idealizuje, ale to nic z tych rzeczy. Jest to raczej obiektywna ocena. Ale wracając do tematu, pytam się kuźwa co tu się dzieje?! Pieprzony opór. Co z tego, że wiem co za tym stoi skoro nic nie umiem na to poradzić. Im bardziej chcę zawalczyć tym bardziej pragnę się poddać. Złość przemienia się we wściekłość. Myśli chaotycznie krążą w głowie. Czuję się cholernie zagubiona i bezsilna w tym wszystkim. Brakuje sił. Czuję, że zaraz stracę coś ważnego dla siebie, czuję że zniszczę to na czym mi zależy.

Opór w terapii

Powiem Wam, że napotkałam na opór w terapii. Dziś miałam sesję z której najchętniej bym rano zrezygnowała. Ostatnio nie mam kompletnie ochoty jeździć na spotkania. Nic się między mną i terapeutką nie wydarzyło. Lubię ją i nasze spotkania ale coś mnie blokuje. Cały czas pracujemy nad naszą relacją. Zaufanie jest na wysokim poziomie. Nasze spotkania obfitują w rozmowę. Tak jak napisałam darze ją dużą sympatią. Tym bardziej nie rozumiem tego. Nagle wszystko straciło sens, wiarę w to że coś się zmieni. Uważam, że nie mam o czym z nią rozmawiać choć w rzeczywistości mam mnóstwo tematów do obgadania. Nie wiem może to lęk przed zmianą. Widzę, że coś się ze mną dzieje. Zanim poszłam na terapię byłam mistrzynią w tlumieniu uczuć. Odczuwałam tylko złość bądź obojętność. Wszystko po mnie spływało. Broniłam się przed emocjami i mi się to perfekcyjnie udawało. Teraz czuję każdą nawet najmniejszą cząstkę, każde emocje, uczucia. Czuję to wszystko wyraźnie i umiem to nazwać. Z twardziela stałam się płaczkiem. Każda drobna sytuacja powoduje u mnie płacz, ból, smutek. Nie wiem może to żal że coś się skończyło, że zmieniam się. Może jest to tęsknota za starym, dobrze znanym schematem. Teraz wszystko jest nowe, dziwne i nieznane. Nie odpuściłam dzisiaj i zmusiłam się do pójścia. Staram się pokonać tą barierę. Doskonale znam temat oporu. Dlatego staram się go pokonać. Jest trudno ale w każdym bądź razie daję jakoś radę. Pomaga mi w tym duża samoświadomość i wiedza na temat mechanizmów obronnych. Dziś miałam tyle do opowiedzenia, przegadania i przeanalizowania, ale cholernie mi się nie chciało. Musiałam się przemóc, co nie było łatwe. Ostatnie dni były ciężkie. Codzienny płacz. Dokładne przyjrzenie się oporowi. Także tematów było mnóstwo. Przegadałam każdy po kolei. Miejmy nadzieję, że wszystko wróci do normy i znowu z ochotą będę jeździć na spotkania z terapeutką.

Moja gwiazda powoli gaśnie

Dawno mnie tu nie było. Czy coś się zmieniło od ostatniego czasu?! Chyba tak ale niestety na gorsze. Znów popadam w stany depresyjne. Nic mnie się nie chce. Ucieczka w sen. Na codzień stwarzam pozory. Udaję, że wszystko w porządku a w środku mnie czuję że umarłam. Smutek doskwiera coraz bardziej. Łzy z oczu każdego dnia płyną. Krzyczę coraz głośniej lecz to niemy krzyk. Cisza wokół, w tle leci Refrit. Zagłuszam myśli. Wypieram uczucia. Staram się walczyć lecz na próżno me starania. Nie wiem nawet czy chcę dalej stawiać czoła problemom. Wszystko mnie przytłacza. Tak bardzo brak mi przytulenia czy ciepłego słowa. Czuję, że zaczynam znów rozpadać się na kawałki. To co osiągnęłam do tej pory, straciło sens. Towarzyszy mi brak wiary w to, że wszystko się jeszcze ułoży. Moja gwiazda straciła blask. Zaczyna powoli gasnąć. 

© 2017 Życie na krawędzi

Theme by Anders NorenUp ↑