Kolejna sesja za mną. Ojj ciężko było. Wydarzenia ostatnich dni spowodowały, że zamknęłam się w sobie. Cierpienie było tak ogromne że nie dało się go opisać słowami. Coś tam gdykałam, ale nie za wiele tego było. To terapeutka musiała przejąć dziś inicjatywę i jestem jej za to wdzięczna że to uczyniła. Cały czas szukam wsparcia z zewnątrz zamiast dać je sobie samej. Liczę na innych że mnie zrozumieją, zaakceptują zamiast zrobić to samemu. Tak ciężko mi jest zaopiekować się sobą i swoim wewnętrznym dzieckiem. Tak bardzo chciałabym je ukoić, przytulić, powiedzieć że będzie dobrze ale chyba sama w to nie wierzę. W środku płaczę ledwo powstrzymując łzy. Nie widzę cienia szansy. Brak sił odbiera mi nadzieję. Wszystko straciło blask. Upadłam, ale wiem że muszę się podnieść. Muszę w końcu wziąć się w garść i zawalczyć o swoje szczęście. Muszę próbować wyrwać się z tego marazmu. Dla siebie i syna. On jest promykiem, światełkiem w tunelu. Cała sesja była poświęcona moim problemom małżeńskim. Rozmawiałyśmy, analizowałyśmy i tak do skutku. Zrozumiałam, że mąż również cierpi, nie radzi sobie z emocjami przez co wszystko odgrywa się na mnie. Ma problem sam ze sobą tylko nie jest tego świadomy. Prowadzi grę, chorą grę wciągając mnie w nią. Gra na moich emocjach jak na skrzypcach. A ja bez problemu daję się mu zmanipulować. Nie wiem co dalej będzie. Jak to wszystko się ułoży. Staram się myśleć racjonalnie choć to bardzo trudne w tym stanie. Muszę znaleźć w sobie siłę by zadbać o siebie i swój komfort psychiczny. Muszę w końcu stanąć jakoś na nogi.