Życie na krawędzi

Borderline

Month: Lipiec 2017 (page 1 of 4)

Koniec i zarazem początek

Dziś raz na zawsze pożegnałam się ze swoim zakładem pracy. Rozliczyłam się z wszystkiego, spakowałam i odeszłam pozostawiając za sobą pewną część swojego życia. W pewnym momencie ogarnęła mnie pustka. Uświadomiłam sobie, że nie ma odwrotu. Coś się skończyło. Pozostał żal. Teraz czas iść naprzód. Zacząć nowy rozdział. Czy będzie łatwo?! Nie sądzę. Ale do odważnych świat należy.

SOR

Miał być dziś wypad nad wodę, a skończyło się na sorze z objawami przetrenowania. Leżę w łóżku na pół żywa. Nie mam siły na nic. Jest mi niedobrze a łazienka tak daleko. Czuję, że umieram.

Stabilnie

Staram się zbytnio nie myśleć i nie zatracać w tym wszystkim. Skupiam uwagę na pisaniu i sporcie aniżeli zamartwianiu. Wyszukuje sobie zajęcia by odwrócić uwagę od negatywnych myśli. Staram się pesymistyczny obraz przekształcić na pozytyw. Czasem w postaci afirmacji. Czy działa jeszcze nie wiem. Jednak czuję się troszkę lepiej. Bardziej stabilniej. Mniej wahań nastroju. Samopoczucie w miarę w porządku. Oby tak dalej i do przodu.

Postępy :)

Kolejny dzień zmagań ze słabościami. Powoli robię postępy. Dziś zaliczyłam 80 minut intensywnego treningu. Łącznie 23 kilometry za mną. Jestem z siebie w końcu zadowolona. Zmęczenie fizyczne mniej dokucza. Wydolnościowo też lepiej. Samopoczucie o wiele lepsze. Nie mam czasu myśleć o głupotach. Ogólnie wszystko na plus. Motywacja jest przeogromna. Oby tak dalej.

Kostka Rubika

Moje życie jest jak kostka Rubika. Co z tego, że kolorowe skoro nie poukładane. Kolorów aż nadto. Każdy dzień w nie obfituje. Emocje jak kolory tęczy wyraźnie bombardują. Każda z nich inny odcień posiada. Elementy osobowości pokręcone. Nie pasujące do pozostałej ukladanki. Wadliwe klocki powodują błąd w konstrukcji całokształtu.

Przemyślenia

Ostatnie dni to tragedia. Od tygodnia nie pije pepsi, jestem na zdrowym jedzeniu i codziennie ćwiczę po godzinie. Brak kofeiny i cukru. W związku z powyższym jestem wrakiem człowieka. Na dodatek złożyłam wypowiedzenie w pracy co uruchomiło fazę depresyjną. Zrozumiałam, że to już koniec, że nie ma odwrotu. Dodatkowo po ostatniej sesji miałam głupie myśli odnośnie terapii. Ubzdurało mi się, że terapeutka się ze mną męczy i ma mnie dość w związku z czym lepiej dla wszystkich będzie jak zrezygnuje z terapii. Zdaję sobie sprawę że nie ma to związku z rzeczywistością. Jednak pojawił się lęk odnośnie oceny czy odrzucenia. Urósł do maksymalnej skali. Wiem, że te odczucia są uczuciami małego dziecka. I mimo że wiem to nie mogę sobie z tym poradzić i mnie jako dorosłą osobę paraliżuje strach. Poza tym mąż dał się we znaki swoim piciem. Ehh. Znów nam się nie uklada. Coraz większa przepaść między nami. Nie potrafimy się porozumieć. Żyjemy razem a jednak osobno. Każdy swoim życiem. Czy to się kiedyś skończy?! Mam nadzieję, że tak. Ileż można przecież wytrzymać. Oby ten tydzień był lepszy od poprzedniego.

Lęk i niepokój

Ciężka noc za mną. Nie mogłam spać, a gdy udało się zasnąć to wybudzałam się. Pojawił się lęk, duża doza niepokoju i natrętne mysli. Zaczęłam się ponownie bać, mimo iż starałam się podważyć iracjonalność tych myśli. Jednak strach był silniejszy. Zastanawiam się skąd to się wzięło. Przecież nic się ostatnio takiego nie wydarzyło. Czyżby to była moja reakcja na urlop terapeutki?! Nieświadomy lęk przed tym, że sobie nie poradzę?! Nie mam pojęcia. Ale wiem jedno nigdy więcej takich nocy.

Terapia borderline

Kolejna sesja za mną. Dzisiejsze spotkanie zleciało szybciutko. Sama siebie zaskoczyłam. Cały czas miałam coś do powiedzenia. Chyba pierwszy raz w życiu tak otwarcie mówiłam. Bez obaw o ocenę czy krytykę. Dużo istotnych rzeczy się dziś dowiedziałam. Choćby to, że jest we mnie duża siła, tylko nie potrafię jej odpowiednio wykorzystać. Cały czas za to powielam destrukcyjne schematy. Jeszcze długa praca przede mną. Jednak wierzę, że będzie dobrze i wszystko z czasem się ułoży. Teraz czeka mnie trzy tygodniowa przerwa ze względu na urlop terapeutki. Już się zastanawiam jak to będzie. Czy sobie sama poradzę przez ten czas?! Chciałabym powiedzieć, że tak ale chyba sama w to do końca nie wierzę. Tak czy siak będę musiała sobie dać jakoś radę. Nie mam wyboru.

Wielki wkurw

Szanowny małżonek znów przeszedł sam siebie. Ehh. Alkoholik pieprzony. Znów się najebał jak świnia mając pod opieką dziecko. Jestem wkurzona na maksa. Syn cały roztrzęsiony, w panice bo nie wie co z tatusiem się dzieje. A tatuś zaliczył zgon. Sukinkot. Jak ja mam ochotę go zatłuc. Ehh. Całą noc musiałam uspokajać dziecko i tłumaczyć co się stało. Brak snu, doznania i moja nerwica znów się odezwała. Zawroty głowy powróciły a z nimi lęk. Jestem niewyspana, zmęczona i odrealniona. Ale muszę trzymać fason. Dla syna. Potrzebuje mnie. A szanowny pan i władca niech spierdziela. Co z tego że przeprasza, że kaja się przede mną. Mam to głęboko w dupie. To tylko puste słowa. Nic nie znaczące słowa.

Ucieczka

Poraz kolejny uciekam w sen. By nie czuć bólu, złości i zarazem ogromnego smutku. Uciekam od myśli, które katują mój umysł. Od rzeczywistości, która mnie nie oszczędza. Uciekam od samej siebie i swojej destrukcyjności. Po prostu uciekam od życia. Tak mniej boli. Nie czuję wtenczas złości. Smutek staje się mniej wyraźny. Łzy nie spływają po polikach. Wszystko jest jakby za szklaną szybą. Sen połączony z benzo i nic nie dochodzi do mnie. Nic mnie nie rusza. Emocje cichną.

Older posts

© 2017 Życie na krawędzi

Theme by Anders NorenUp ↑