Życie na krawędzi

Borderline

Month: Czerwiec 2017 (page 1 of 4)

Wybudzam się

Dzisiejszy dzień spokojny jak nigdy. Jestem wyciszona bez głupich myśli krążących w głowie. Zmuszona do myślenia w sposób pozytywny. Staram się podbudować psychicznie. Powoli budzę się do życia po stanach depresyjnych. W końcu się nawet umalowałam bo w ostatnich dniach nie miałam na to siły. Straszyłam wszystkich wokół. Czas się wziąć za siebie. Czeka mnie ciężka praca ale dam radę. Jestem dobrej myśli. W końcu zła karta musi się odwrócić. I radość zagości w moim życiu. Jestem zmotywowana do walki o siebie i swoje zdrowie. Wszystko z czasem musi się przecież ułożyć.

Światełko w tunelu

Po dwóch dniach depresyjnego nastroju wstał nowy dzien. Nowe postanowienia, nowe możliwości. Zaczynam widzieć światełko w tunelu. Powoli wybudzam się z tego letargu. Staram się dostrzegać pozytywy i się nie dołować. Zawsze przecież może być gorzej. Grunt to pozytywne nastawienie. Trzeba się zmobilizować do pracy, ciężkiej pracy nad sobą. Najwyższy czas wyjść z roli ofiary i stać się silną, niezależną kobietą. Czas wziąć odpowiedzialność za siebie i swoje czyny. Każdy problem da się rozwiązać, tylko czasem o tym zapominamy. W natłoku problemów nie widzimy tego co trzeba. A wystarczy spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Najważniejsze to się nie poddawać. Dać sobie czas. A wszystko z czasem powinno się ułożyć.

Spieprzone życie

Mam poczucie, że spieprzyłam sobie życie. Na moje życzenie nic się nie układa. Praca jest wielką niewiadomą. Nie wiem czy mam do czego w ogóle wracać. Co będzie dalej?! Niby nowa jest załatwiona ale co z tego, skoro to nie cieszy. Tonę w długach po uszy. A kasy brak. Nic tylko sznur i do lasu. W małżeństwie też ciche dni. Wieczne pretensje, niedomówienia. Złość i podejrzenia na porządku dziennym. Kochająca, szczęśliwa rodzina na pokaz. Moje leczenie to jedna wielka farsa. Na terapii chusteczkowo. Nie potrafię współpracować. Myślę o zakończeniu jej. Przecież ja się nie zmienię, nic się nie zmieni. Wszystko jest do dupy. Przez leki stałam się otyłą babką. Więc odstawiłam je. Po co mi one?! Skoro skutki uboczne obecne. Mam doła, wielkiego doła w postaci krateru. Chce mi się płakać ale nie mogę. Kolejne pytania by się pojawiły. W mojej głowie jedna wizja. Moja śmierć. Mój pogrzeb. I ulga. Jedna pieprzona ulga.

Terapia borderline

Dzisiejszej sesji niestety nie zaliczam do udanej. Fakt faktem maksymalnie otworzyłam się przed terapeutką ale co z tego, skoro nic więcej nie byłam w stanie z siebie wydusić. Zastygłam w bezruchu. Milczenie. Emocje mnie przyblokowały. Momentalnie postawiłam mur między nami, tylko dlaczego?! Przecież nie miałam powodu aby tak postąpić. Wyobrażenia zlały się ze wspomnieniami. Wróciły uczucia które towarzyszyły mi w tamtych dniach. Czułam ciężar spowodowany nadmiarem emocji. Zrobiło się słabo, wręcz zmęczenie dało się we znaki. Terapeutka starała się mi pomóc a ja nie potrafiłam z tej pomocy skorzystać. Całą swą energię zużyłam na niby obronę przed nią. Moja podświadomość się broni przed zmianą, przed rezygnacją ze znanej mi roli. To nie tak miało wyglądać. To miało zupełnie inaczej się potoczyć. Chciałam współpracować ale nie potrafiłam, przerosło mnie to. Ten temat jest trudny, bolesny. I mimo że to wyobraźnia to miesza się z rzeczywistością. Moja wyobraźnia jest bardzo bogata. Aż sama się jej czasem boję. Odbiera mi przyjemności. Staje się moją udręką. Wyzwala we mnie mega negatywne emocje które przekładam na życie codzienne. Powoduje, że z coraz większą nienawiścią traktuje siebie i z wielkim obrzydzeniem patrzę na swoje odbicie w lustrze. Nie umiem tego zatrzymać. To się po prostu dzieje.

Terapia borderline

Kolejna sesja za mną. Zleciała w mgnieniu oka. Komunikacja zdecydowanie poprawiła się. Zaczynam otwarcie mówić, pytać gdy czegoś nie wiem. Mniej się krępuje i chętniej prowadzę rozmowę. Zmniejszam dystans. Kontakt wzrokowy zachowany. A pomyśleć że parę miesięcy temu nie byłam w stanie patrzeć w oczy.

Coraz bardziej angażuje się w relację z terapeutką. Jest mi coraz bliższa. Wiem, że mogę powierzyć jej wszystkie swoje sekrety bez obaw o ocenę czy krytykę. Polubiłam ją i boję się tego co będzie potem. Powoli przywiązuje się do niej. Jest ważną częścią mojego życia. Dzięki jej wsparciu pokonuje trudności, mogę przyjrzeć się sobie i dostrzec to czego wcześniej nie widziałam. Pomaga mi zrozumieć moje zachowanie i pomaga wypracować nowe korzystniejsze. Konfrontuje mnie z moimi błędnymi decyzjami i wyjaśnia mechanizmy. Jednym słowem daje mi to czego przez całe życie potrzebowałam. Słucha mnie i rozmawia ze mną. I po prostu jest przy mnie od tak. Dziwne uczucie ale miłe.

Poruszyłyśmy dziś temat moich relacji z matką. Ciężka sprawa. Dwa różne charaktery, dwa bieguny. Zupełny armagedon. Ale… Jesteśmy do siebie podobne. Niestety. Obie mamy coś z bordera, obie jesteśmy emocjonalne. Z tym że każda z nas inaczej radzi sobie z emocjami. Ona działa acting out, a ja acting in. Mam więcej empatii do ludzi i liczę się z ich uczuciami. Negatywne emocje kieruje tylko przeciwko sobie. Dokopuje sobie z każdej strony. Katuje się i mam wobec siebie wygórowane oczekiwania. Traktuje się tak jak traktowała mnie matka. Bez miłości, z pogardą, z nienawiścią. Jestem swoim najgorszym koszmarem.

 

Hipomania

To jeden z tych dni w których czuję się szczęśliwa. Gdzie energia mnie roznosi i nogi niosą. Chcę biegać, skakać, tańczyć i śpiewać. Najlepiej wszystko naraz. Jest moc. Jest chęć. Niby nic a jednak coś. Pozytywne nastawienie dziś załączono. Dobry nastrój nie odpuszcza. Mam ochotę zrobić coś szalonego. Adrenalina mnie wzywa. Chcę szybować pośród chmur. Jak samolot wzbić się w górę. Spełnić marzenia. Radośnie krzyczeć. Śmiać się. Turlać. Bawić na całego. Dosłowne szaleństwo. Kocham ten stan. Wariacki stan. Euforia 😝

Smutek

Ogarnął mnie przerażliwy smutek. Wszystko straciło blask. Zostały szaro-czarne odcienie. Nie widzę nadziei, perspektyw. Znów spadam w przepaść. Upadam. Sięgam dna. Nie mam sił by wstać. Nie mam sił by walczyć. Czuję się przegrana. Uczucie nienawiści potęguje. Chcę zniknąć. Uciec na bezludną wyspę z dala od problemów. Życie jest jednym wielkim cierpieniem. Jest dobrze, aby za chwilę mogło się to spieprzyć. Bez przyczyny. Wahania co chwilę. Brak stabilności. Punktu zaczepienia. Mam dość. Jestem tym zmęczona. Ileż jeszcze będę w tym stanie trwać?!

Duma vs Złość

Kolejny dzień w którym nie wiem jak się czuje. Pustka znów zaczyna doskwierać. Somaty się odezwały. Przyspieszone bicie serca, zawroty głowy, duszności i wewnętrzne drżenia. O mały włos i bym zemdlała na zakończeniu roku szkolnego u syna. Na szczęście tak się nie stało.

Jestem szczęśliwą mamą. Duma mnie rozpiera. Syn kolejny raz zdał z wyróżnieniem. Mój skarb który oświetla mi drogę. Moje światełko w tunelu.

Ale wszystko co dobre szybko się kończy. Matka znów podniosła mi ciśnienie swoim gadaniem. Wkurw na maksa. Czy ja nie mogę mieć swojego życia? Czy nie mogę sama podejmować decyzji? Nie jestem już małą dziewczynką której można rozkazywać. Znów się jej postawiłam. Nie miałam wyboru. Czas wyznaczać granice. A to że jestem według niej złą córką to już mnie nie obchodzi. Czas na zmiany.

Co robić? 

​Cały czas zastanawiam się nad zmianą pracy. Nad tym co będzie dla mnie lepsze. Mam chwilę zwątpienia. Obawy. Czy sobie poradzę na nowym stanowisku. Jacy ludzie będą mnie otaczać. Jaka atmosfera panuje w zakładzie. Wysyłam Cv. Telefon dzwoni. Kolejne spotkanie. Kolejna rozmowa kwalifikacyjna. Mętlik pojawia się w głowie. Co robić?! Co będzie dla mnie korzystne. Tu wszystko znam. Znam warunki panujące w zakładzie, znam ludzi. A przede wszystkim polubiłam swoją pracę. Ale czy będę mogła do niej wrócić?! Wielka niewiadoma. Chciałam zmian, ale czy na pewno aż tak drastycznych. Czy jestem gotowa podjąć się nowym wyzwaniom?! Lęk przed niezmanym się pojawia. Nie wiem co robić. Jaką decyzję podjąć. Niby w razie czego pracę mam załatwioną. Ale czy tego chce?! Sama nie wiem. Stoję przed ciężkim wyborem. 

Nie oceniaj mnie

Older posts

© 2017 Życie na krawędzi

Theme by Anders NorenUp ↑