Cały dzień poza domem. Taki wypad dobrze mi zrobił. Z daleka od całej tej toksycznej sytuacji rodzinnej. Najpierw terapia. Problemy z dojazdem. Lęk. Ale dałam radę. Sesja na plus. Duży plus. Wyciszona i spokojona wyszłam z gabinetu. Nie wiem jak i co T ze mną robi, ale to działa. Dzięki tym wizytą czuję się dobrze. Złe myśli odchodzą. Napęd i ochota do życia wzrasta. Samoocena również idzie w górę. Czy to za sprawą zrozumienia i akceptacji? Być może. Nie czuję się oceniana. Ani gorsza. Czuję się normalnie, tak po prostu. Jak równy z równym. 

Terapia jest moją jedyną szansą na normalne życie. Na pozbycie się destrukcyjnych zachowań. Każda sesja daje mi dużo cennych wskazówek. Pobudza mój umysł do pracy. Załączam myślenie. Ale nie takie zwykłe. To zupełnie coś innego. Praca nad schematami. Wgląd. Analiza. Dobre i złe strony.

Po terapii miałam 3 godziny oczekiwania na wizytę u lekarza. Spędziłam je aktywnie. Spacerując po mieście. Pogoda dopisała. Było tak miło i spokojnie. Zero stresu. Niechcianych myśli. Lęku. Liczyło się tu i teraz. W niektórych miejscach miłe wspomnienia wróciły. Uśmiech na twarzy się pojawił. Ach to były czasy. Brakuje mi ich.

Tak dobrze się czułam, że zapomniałam o stresie zwiazanym z wizytą u lekarza. Wcześniej czułam duży dyskomfort. W końcu wezwał mnie na dywanik. Bałam się jego reakcji. Gorsze dni ostatnio, kiepskie samopoczucie, myśli samobójcze i pojawiła się obawa, że skieruje mnie do szpitala. Na szczęście nie taki diabeł straszny jak go malują. Wizyta przebiegła pomyślnie. Dobrze się rozmawiało. Na luzie. Dostałam kolejne leki do kolekcji. Może w końcu mój nastrój się ustabilizuje. Oby. Pan doktor również potwierdził słowa mojej terapeutki. Że mam bardzo dużą wiedzę i znakomity wgląd w siebie ale nie potrafię przełożyć tego na czyny. Jestem doskonałym obserwatorem. I odcinam się całkowicie od emocji. Inteligencja to jedno a emocjonalność drugie. Pod tym względem jestem całkowicie rozchwiana. Ogólnie spotkanie w porządku. Nastrój dalej ok. Więcej pewności siebie. Chęci. Odwagi. Z bananem na twarzy wracałam do domu.

A tu jak zwykle schody. Ehh. Próba podjęcia rozmowy z mężem. To był zły pomysł. Skończyło się to stwierdzeniem z jego strony: „po co zakładałaś rodzinę. Kiedyś taka nie byłaś. To ty się zmieniłaś. Moi rodzice nie mają nic z tym wspólnego. To tobie nic nie pasuje. Jak chcesz to się rozwiedziemy. Mam już dość tego wszystkiego”. Mniej więcej tak to wyglądało. Nie omieszkał również stwierdzić, że znów wydałam bezsensownie pieniądze na terapię i lekarza. Mam się po prostu wziąć w garść i nie wymyślać. A o lekach już nie wspomnę. Nie akceptuje ich delikatnie mówiąc. Oczywiście mój nastrój poleciał ostro w dół. Starałam się wytłumaczyć mój stan aby zrozumiał mój problem, a dostałam z liścia w twarz. Zostałam z tym wszystkim dalej sama. Ehh. I po co ja się staram. Szkoda gadać. 

Podsumowując: moje życie jest warte tylko dla mnie. Oczywiście w fazach normalności. Inaczej chce się zniszczyć. Nikogo innego nie obchodzi. Kolejny zbędny balast. Takie sytuacje jak ta odbierają chęci i nadzieje. Skrzydła znów podcięte. Motywacji brak. Znów kryzys. Pesymistyczne myśli. Krytyczne spojrzenie. Autodestrukcja zaczyna się odzywać. Emocje w środku roznoszą. Skrajność to cała ja. A depresja i borderline to wymysł mojej wyobraźni.