Wszystko jest nie tak. Nic się nie układa. To jakiś znak. Głupia byłam sądząc że zmiana jest możliwa. Powinnam znać swoje miejsce. I siedzieć cicho. Pogodzić się z tym wszystkim. Przecież nic mnie dobrego nie czeka. Ciągle ktoś musi być ważniejszy. Ehh… Moje „ja” się nie liczy i nigdy nie liczyło. Nikomu na mnie nie zależy. Samotność jest moim przeznaczeniem.

Kolejna kłótnia z mężem. Ostra wymiana zdań. Znów przegrałam z alkoholem. Jego największą miłością. On zawsze był na pierwszym miejscu. Czuję się jak śmieć. Nic niewarty śmieć. Nawet rzecz jest ważniejsza ode mnie. Zajebista miłość.

Miałam dziś sesję. Nie dotarłam. Nie miałam czym. Szanowny Pan i Władca miał mnie w dupie. Nie zawiózł mnie. Musiał się Książę wyspać. Wytrzeźwieć. Sukinkot. Gdyby nie noga. Ta cholerna noga. Sama bym pojechała. A tak jestem zależna. Bezsilna. Potrzebuję łaski. Emocje mnie rozpierdalają.

Muszę pożegnać się z terapią. Nie jest mi widocznie pisana. Nie nadaję się. Mam dość walki o siebie w pojedynkę. Bez wsparcia. Bez pomocy. Z wieczną krytyką i wypominaniem. Może mąż ma rację, że powinnam wziąć się w garść i przestać zawracać głowę innym. Że muszę sama sobie poradzić. Ciągle utwierdza mnie w przekonaniu jakim jestem ciężarem dla niego. Jak mu źle ze mną. Że wszystkiemu winna jestem ja. Nie zasługuje na niczyją pomoc. Jestem nikim. Powinnam się poddać. Odejść. To nie ma sensu. Nic nie zmieni. Nie daję rady. Przerosło mnie to wszysko. Lepiej będzie dla wszystkich jak się ulotnie. Nie widzę sensu abym walczyła. To jak walka z wiatrakami. Bez perspektyw na przyszłość. 

Jest mi źle. Cholernie źle. Nie mogę się podnieść. Cały dzień w łóżku. Zakryta po uszy. Muza na maksa. Nie mam siły. Nie mam chęci. Motywacji do życia. Smutek na twarzy. Ból w sercu. Strata. Łzy. Nie chcę tak! Dlaczego znów ja? Szlak mnie trafia. Czemu nikt mnie nie rozumie? Czemu każdy podcina skrzydła? Czuję się fatalnie. Stany depresyjne wróciły. Znów wewnętrzny krytyk atakuje. Myśli nie dają odporu. Silny przymus skrzywdzenia. Spirala nakręcona na maksa. Autodestrukcja. Marzę o żyletce. Nacięciu. Chcę upoić się tym widokiem. Patrzeć na krew. Tęsknię za tym. Ta ulga. Ukojenie. Ehh. Znów walczę. Ale tym razem chcę przegrać. 

Dziś po raz kolejny umarła nadzieja. Nadzieja na lepsze życie. Została żałoba. Płacz. Chęć zniszczenia i śmierć. Ona mnie ocali. Skończy to wszystko…