Za oknem piękna pogoda. Ptaszki śpiewają. Promienie słońca wkradają się do pokoju. Aż chce się żyć. Ale czy na pewno? Poranna sprzeczka z mężem. Jak zwykle nic istotnego. Mała wymiana zdań. Ale zdążyło mnie to nakręcić. Znów myślę o sobie źle. Znów się krytykuje. Bezsilność. Ból. Nienawiść. Znów ja sprowokowałam. By poczuć. Poczuć cokolwiek. Zapełnić pustkę.

Moją głowę zaprzątają myśli o terapii, jej sensie, o relacji z T. Oddalam się. Stawiam potężny mur między nami. Nie potrafię nawiązać dialogu. Coraz częściej myślę o rezygnacji. Nie chcę ale inaczej nie potrafię. Zbliżyłam się do niej. Zaczęłam czuć nić sympatii. Angażuje się. To jest problem. Nie chce. Nie umiem. Przeraża mnie ta bliskość. Potrzebuję jej i tym samym boję się. Sprzeczności. Cała ja. To nigdy się nie skończy. Jestem słaba. Nieporadna. Zagubiona. 

To nie ma sensu. Nic nie ma sensu. Chcę się poddać. Uciec. Zniknąć raz na zawsze. Zapomnieć. A jednak coś trzyma mnie. Jakaś część mnie chce być szczęśliwa. Chce ułożyć sobie życie. Pragnie stabilizacji. Doznań. Zrozumienia. Chce walczyć. Chaos osobowościowy. Nieustanna walka. Ciągłe balansowanie na granicy. Granicy dwóch światów. Za dużo myśli. Chaosu. Wieczny mętlik.

Wyciszenie. Chyba tego mi potrzeba. Spokój. Harmonia. Wewnętrzna równowaga. Słuchawki w ruch. Muza zagłusza myśli. Refrit doda mi skrzydeł.