Życie na krawędzi

Borderline

Author: Ruda (page 1 of 22)

Emocje ucichły

Dziś emocje ucichły ale wczoraj to był zupełny armagedon emocjonalny. Jakby tornado uczuć i myśli. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Z dołu wielkości kanionu wpadałam we wściekłość i na odwrót. Szukałam zaczepki, tylko po to by rozładować napięcie wewnętrzne. Na szczęście w porę się opamiętałam, zanim nie zrobiłam głupstwa. Tak bardzo było mi źle. Rozczarowanie. Żal. Złość. Smutek. Mieszanka wybuchowa. Sprzeczne emocje. To wszystko spowodowało ten stan. Stan nie do wytrzymania.

Do M

Dlaczego tak mnie traktujesz?! Bawisz się moimi uczuciami jak zabawką. Dajesz nadzieję, tylko po to aby za chwilę wbić nóż w serce. Tobie nigdy tak nie robiłam, nigdy nie dawałam złudnych nadziei, tylko po to by za chwilę znów spowodować cierpienie. Zawsze wybaczałam, zawsze dawałam kolejną szansę i nie wracałam do tamtejszych wydarzeń mimo iż bolało. Wiesz co?! Poddaje się, przestaje walczyć. To jak walka z wiatrakami. Nie ma znaczenia ile razy powiem słowo przepraszam, ile razy zapewnie o swojej wierności, zawsze będzie tak samo. Od miesiąca karzesz mnie ciągle za tą samą rzecz. Być może masz rację mówiąc iż nie ma sensu być razem. Bo co to za życie gdy ciągle słowa ostre jak brzytwa idą w ruch. Gdy rana nie może zagoić się. Nie ważne co zrobię, będzie źle. Więc po co się starać?! Skoro zaraz zostaniesz potraktowanym z buta. To boli wiesz? Ciągła huśtawka Twoich emocji powoduje spustoszenie w moim sercu. Swoim zachowaniem znęcasz się nade mną psychicznie. Pastwisz jak nad małym robaczkiem. Mimo błędów które popełniłam, nie zasłużyłam na to.

Terapia borderline – Sukces

Ojj ciężka sesja za mną. Musiałam zmierzyć się ze swoimi słabościami, pokonać wewnętrzny opór przed mówieniem. Ale wiecie co?! Dałam radę! Choć nie ukrywam, wiele energii mnie to kosztowało. Przełamanie wstydu, lęku przed oceną i odrzuceniem. To wszystko spowodowało ogromny stres. Dokładnie go czułam w barkach. Z każdym kolejnym wypowiedzianym słowem ból był nie do zniesienia. Ale na samym końcu poczułam ulgę, tak jakby ktoś zdjął mi kilkutonowy ciężar z serca. Z początku muszę przyznać, że wcześniejsza sesja dała mi sporo do myślenia. Terapeutka miała rację, że szukam oparcia wśród najbliższych. I mimo iż wiem że go nie otrzymwm, robię to dalej. Tylko po to aby utwierdzić się w przekonaniu że ludzie są źli a ja beznadziejna. Ciągle szukam potwierdzenia, zamiast wziąć sprawy w swoje ręce i zmienić tok rozumowania. Wiem gdzie tkwi problem. Teraz tylko ode mnie zależy czy coś z tym zrobię. Na ostatniej sesji terapeutka otworzyła mi oczy. Zrozumiałam, że muszę sama o siebie zadbać. Postarać się być wsparciem w trudnych chwilach. Muszę przestać się krytykować i zacząć doceniać. Nie ukrywam że z moim podejściem będzie to trudne. Tym bardziej że darze siebie nienawiścią. Ale mam nadzieję, że z jej pomocą uda mi się to osiągnąć. Że uda mi się zmienić. Wierzę w to. Nie wiem jeszcze jakim sposobem to osiągnę ale chcę spróbować. Chcę być w końcu szczęśliwa. Chcę uwolnić się od tego co było, móc sobie przebaczyć by pójść dalej z podniesioną głową. Kolejnym tematem były moje dalsze perypetie małżeńskie. Opowieść o pogodzeniu się z mężem, szczerej rozmowie itd. Mimo że na ten czas wszystko między nami jest w porządku, to nie czuję się szczęśliwa. Wręcz przeciwnie jestem wyobcowana, jakby to powiedzieć czuję się lekko zastraszona. Boję się cokolwiek powiedzieć, zrobić by niczego między nami nie popsuć. Boję się że każdy mój ruch może zostać źle zinterpretowany przez małżonka. Oddałam mu kontrolę nad swoim życiem. Czuję się poniekąd jak marionetka. Ograniczona ze swoich wyborów i poglądów. Ehh. Trzeba będzie nad tym jeszcze popracować. Druga część terapii była poświęcona bardzo intymnemu tematowi. Poruszenie go świadczy o moim dużym zaufaniu do terapeutki. Do tej pory nie wierzę, że udało mi się go poruszyć, a tym bardziej rozmawiać o nim. Rozmawiałyśmy o moich preferencjach seksualnych. O moim masochistycznym podejściu do tych spraw. Było mi wstyd przed terapeutką przyznać się do tego, co mnie kręci. A także wstyd przed samą sobą. Starałam się wyprzeć te treści, tak jakby mnie one nie dotyczyły. Jednak to jest prawda o mnie, taka jestem naprawdę. W końcu to zrozumiałam. I wiecie co?! Nie mam czego się wstydzić. To naturalne, każdy jest inny. To jest tak jak z tartą, jedni lubią ją na słodko a inni na ostro. To że lubię ostrzejszy seks nie oznacza, że jestem złym człowiekiem. Po prostu on mnie kręci, mam takie potrzeby i to jest zrozumiałe. Może kogoś to obrzydza, rozumiem i akceptuję opinie ale są też osoby którym się to podoba. Wszystko jest dla ludzi, póki wzajemnie się szanujemy i nie robimy krzywdy to czemu nie?! Prawa tym nie łamiemy. Gorzej jeśli jedna osoba tego chce a druga ma z tym problem. Tu pojawiają się schody. Ale myślę, że jest to kwestia dogadania. Zaakceptowania swoich potrzeb, pragnień czy fantazji. Obwiniałam się za swoją seksualność, za to że to co powinno mnie odpychać z wiadomych przyczyn, sprawia mi satysfakcję. Uważałam się za nienormalną, gorszą od innych. Biłam się z myślami. Odtrącałam część siebie i nienawidziłam za to. Powstawał konflikt wewnętrzny. A ja żyłam w wiecznym napięciu. Dziś zrozumiałam, że to że jestem ofiarą gwałtu nie oznacza, że nie mogę mieć takich czy innych preferencji. To są dwie różne rzeczy. I wzajemnie się wykluczają. Mam taki temperament a nie inny. Nie mogę go wypierać, bo to jakbym zrezygnowała z części siebie. Przez prawie połowę swojego życia moja seksualność była istnym chaosem. W głowie sajgon jakich mało. Na szczęście dziś przyznałam się przed samą sobą i staram się zaakceptować taką jaką jestem. Pod tą pozornie spokojną buzią kryje się demon seksu. Nie boję się już do tego przyznać.

Myśl za myślą płynie

Dużo myśli w głowie się przewija, zdecydowanie za dużo. Masa pytań na które nie znam odpowiedzi. Kim do cholery jestem ? Dlaczego tak bardzo dążę do destrukcji samej siebie ? Co mnie jeszcze czeka ? Czy zasługuje tylko na karę, cierpienie i śmierć? Dlaczego cały czas te nakrętne myśli? Co robić- w głowie tylko jedna odpowiedź na to pytanie, bezradność mnie ogarnia, brak sił do walki. Czy jest we mnie jeszcze nadzieja? Powoli wygasa. Czy kiedyś się pozbieram, wybacze, zapomnę o tym co się kiedyś wydarzyło? Strach ogarnia, czuje ze tracę zmysły, nie wiem dokąd zmierzam. Która ja to ta prawdziwa? Ahh mam już dość tego stanu

Terapia borderline

Kolejna sesja za mną. Ojj ciężko było. Wydarzenia ostatnich dni spowodowały, że zamknęłam się w sobie. Cierpienie było tak ogromne że nie dało się go opisać słowami. Coś tam gdykałam, ale nie za wiele tego było. To terapeutka musiała przejąć dziś inicjatywę i jestem jej za to wdzięczna że to uczyniła. Cały czas szukam wsparcia z zewnątrz zamiast dać je sobie samej. Liczę na innych że mnie zrozumieją, zaakceptują zamiast zrobić to samemu. Tak ciężko mi jest zaopiekować się sobą i swoim wewnętrznym dzieckiem. Tak bardzo chciałabym je ukoić, przytulić, powiedzieć że będzie dobrze ale chyba sama w to nie wierzę. W środku płaczę ledwo powstrzymując łzy. Nie widzę cienia szansy. Brak sił odbiera mi nadzieję. Wszystko straciło blask. Upadłam, ale wiem że muszę się podnieść. Muszę w końcu wziąć się w garść i zawalczyć o swoje szczęście. Muszę próbować wyrwać się z tego marazmu. Dla siebie i syna. On jest promykiem, światełkiem w tunelu. Cała sesja była poświęcona moim problemom małżeńskim. Rozmawiałyśmy, analizowałyśmy i tak do skutku. Zrozumiałam, że mąż również cierpi, nie radzi sobie z emocjami przez co wszystko odgrywa się na mnie. Ma problem sam ze sobą tylko nie jest tego świadomy. Prowadzi grę, chorą grę wciągając mnie w nią. Gra na moich emocjach jak na skrzypcach. A ja bez problemu daję się mu zmanipulować. Nie wiem co dalej będzie. Jak to wszystko się ułoży. Staram się myśleć racjonalnie choć to bardzo trudne w tym stanie. Muszę znaleźć w sobie siłę by zadbać o siebie i swój komfort psychiczny. Muszę w końcu stanąć jakoś na nogi.

Wielki dół

Jestem przygnębiona. Życie mnie dołuje. Nic nie cieszy. Wszystko smuci. Świat znów stał się szaroczarny. Brak kolorów. Emocje w środku rozpierdzielają. Złość wysuwa się na pierwszy plan, za nią nienawiść podąża. Znów chcę się ukarać. Ukarać za to że żyje. Nic mnie dobrego już nie czeka. Nie mam planów na przyszłość. Nadziei brak. Brak perspektyw. Chęci też nie ma.

Terapia borderline

Sesja, sesja i po sesji. Pierwszy raz w życiu czasu mi brakło. Gadałam, gadałam i się nie wygadałam. Czuję lekki niedosyt. Ehh. Na następnej sesji dopowiem to czego dziś nie zrobiłam. Doszłyśmy z terapeutką do ciekawych wniosków. Mój mąż ma najprawdopodobniej zarys osobowości borderline, tylko jest acting out, a ja acting in przez co ja idealnie wpasowuje się w rolę ofiary. Idę za schematami i w rozmowie startuje z pozycji dziecka co z góry przekreśla moje szanse na równorzędną rozmowę. Nasze małżeństwo to istny rollercoaster. Albo się kochamy albo nienawidzimy. Mąż stara się mną manipulować, wzbudzać poczucie winy przez ciągłe wypominanie. Stosuje tym samym wobec mnie przemoc psychiczną. Tu niby idealna randka a zaraz mam szukać sobie kogoś innego. Jest cholernie zazdrosny o mnie. Uraja sobie coś w tej swojej główce i szuka potwierdzenia prowokując kłótnie. Z tego co wywnioskowałysmy to to że ma niskie poczucie wartości i nie jest pewien moich uczuć. Co nie znaczy że ja nie jestem bez winy. Po mojej stronie też ona leży. Brak szczerości i zwierzeń z mojej strony powoduje niedomówienia. Moja ucieczka od życia w świat wirtualny prowokuje takie sytuacje jak ta. Ja też za mało się staram, zdarza się że zapominam o jego uczuciach i skupiam się na sobie. Postępuje egoistycznie. Ale kiedyś poświęcałam wszystko rodzinie, nie dbając przy tym o siebie. Teraz nie umiem tego wypośrodkować. Z jednej skrajności w drugą. Zresztą ze wszystkim tak jest że balansuje na granicy. Chyba obydwoje nie dorośliśmy do małżeństwa. Jesteśmy takimi dzieciakami. Foch za fochem. Wiem jedno, muszę nauczyć się dystansować od takich sytuacji, od jego słów. Starać się przyjąć je na chłodno. Nie dawać ponosić się emocjom i nie wchodzić w rolę ofiary. Muszę nauczyć się bronić i rozmawiać z pozycji dorosłego.

Stabilniej

W końcu nastrój się ustabilizował. Brak większych wahań nastroju. Można powiedzieć, że jest ok. Sytuacja z mężem jeszcze chwiejna. Wczorajszy dzień pełen napięcia i ciszy. Cały czas mam żal do niego o ostatnią rozmowę. O to, że nie uszanował wspólnej decyzji. Czuję że znów oddalamy się od siebie. Znów wszystko zaczyna się pieprzyć. Ehh. Czy nigdy nie będzie dobrze między nami?!

Chciałam emocji to je mam

Chciałam emocji to je mam. Szkoda tylko, że te negatywne mnie ogarnęły. Jest mi smutno i źle. Mąż wczoraj sprawił mi po raz kolejny przykrość. Mieliśmy zacząć wszystko od nowa, z czystą kartką i co?! Nic z tych rzeczy. Znów wracał do mojej przeszłości. Rozgrzebywał to co było, a nie powinno mieć teraz znaczenia. Znów zazdrość i żal przez niego przemawiały. A ja jak zwykle zamknęłam się w sobie. Nie umiałam się obronić. Nie umiałam się zdystansować do tego wszystkiego. Wszystko chłonęłam jak gąbka. Ból stawał się nie do zniesienia. Łzy się polały. Tak bardzo było mi źle. Chcę zapomnieć lecz nie mogę. To ciągle do mnie wraca. Ileż jeszcze dam radę?! Jak żyć skoro przeszłość nie daje o sobie zapomnieć?!

Szary dzień

Kolejny szary dzień. Bez kolorów. Zupełnie bezbarwny. Niby jest dobrze. Ale co z tego skoro nie potrafię się z tego cieszyć. Zupełna pustka. Wyprana z emocji jestem jak chodzący żywy trup. Brakuje mi tego chaosu. Chaosu myśli. Tych pieprzonych doznań. Aktualny stan jest nie do wytrzymania. Zabija od środka. Chcę krzyczeć: border wróć do mnie. Pozwól czuć ten rozpierdziel emocjonalny. Przyjdź, rozgość się, zostań i nigdy nie odchodź.

Older posts

© 2017 Życie na krawędzi

Theme by Anders NorenUp ↑